Translate

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział Drugi

"Każdy z nas ma swój świat.

Każdy żyje w nim od lat."

~~Z perspektywy Isabelli~~
  Jadąc na lotnisko odtworzyłyśmy z Holly szeroko samochodowe okna.W Phoenix są dwadzieścia cztery stopnie w cieniu.Ubrana jestem w swoją ulubioną koszulkę i zwykłe rurki. Do samolotu oczywiście mam zamiar wziąć kurtkę.
       Celem mojej podróży jest miasteczko Wolverhampton położone niedaleko  Birmingham.Zamieszkam tam z moją mamą-Elizabeth.Gdy miałam sześć lat rodzice się rozwiedli a ja wraz z tatą wyprowadziłam się do Phoenix.Co roku wracałam do Wolverhampton na wakacje.Musiałam spędzać tam bite cztery tygodnie.Z całego serca nienawidzę tej mieściny.Wreszcie jako dwunastolatka zbuntowałam się i od czterech lat wyjeżdżam na wakacje z tatą i jego nową żoną (Holly)  do Hiszpanii.
    Mimo to zgodziłam się tam wrócić.Sama skazałam się na wygnanie.Byłam przerażona.Nienawidziłam tego miejsca.
Za to Phoenix uwielbiam.Kocham je za słońce,za upał,za bijącą od tego miejsca żywotność,za tempo,w jakim się rozwijało.
-Bello-Odezwała się Holly w hali odlotów.
-Taak?
-Pamiętaj że nie musisz tego robić.Zawsze możesz pojechać z nami do Los Angeles.-Powiedziała po raz setny i niewątpliwie ostatni.
    Holly ma 34 lata.Jest szczupłą,niziutką blondynką o dużych niebieskich,inteligentnych oczach.Jest żoną mojego taty od siedmiu lat.Od razu pokochałam ją jak matkę...Ale moja mama jest daleko z stąd...
     Odkąd pamiętam Holly zawsze tryskała energią i poszukiwała nowych zajęć.A ja jej niestety musiałam dzielnie towarzyszyć.Raz chciała zostać siłaczką i przez dwa tygodnie chodziłyśmy na siłownie,potem sławną pływaczką i trzy tygodnie pływania(Mimo że ona przestała pływać ja nadal to robię) Potem skoki na bandżi,ze spadochronów,boks,biegi,skoki narciaskie(Jak ona wytrzasnęła śnieg w upalnym stanie Arizona nadal nie wiem)Nawiasem mówiąc nigdy się nie nudziłam.Wreszcie Holly odnalazła swoją pasję w malowaniu.Jej obrazy były na tyle dobre że przyjęto ją do jakieś tam firmy i niestety muszą przeprowadzić się do Los Angeles.Mam z tym miastem okropne wspomnienia( czyli moja ciotka  Margaret) i nigdy tam nie wrócę.Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do Wolverhampton.
-Ale ja naprawdę chcę jechać-Skłamałam.Nigdy nie byłam uzdolnionym kłamcą ale ostatnio powtarzam to zdanie dość często,że zabrzmiało w miarę wiarygodnie.
-Pozdrów ode mnie Eli* i Li.
-Nie zapomnę.
-Niedługo się zobaczymy.Możesz wrócić w każdej chwili wystarczy tylko jeden telefon a zaraz się pojawimy.-Miałam świadomość że ta obietnica będzie ich dużo kosztować.
-Nic się nie martw.Będzie fajnie.Kocham cię Holl*-Przytuliła mnie mocno  i trzymała tak przez długą chwilę.Przypomniało mi się jak byłam mała i zawsze mogłam do niej przyjść.Każdy mój upadek na rowerze kończył się tym samym-płaczem.To ona zawsze mnie przytuliła i nakleiła plasterek na bolące miejsce.
-Będę tęsknić-Wyszeptała do mojego ucha po czym mnie puściła a ja machając jej weszłam na pokład samolotu i już jej nie zobaczyłam.
     Czekał mnie dwunastogodzinny lot z Phoenix do Londynu a potem dwie godziny sam na sam z moją mamą w aucie.Nie bałam się latania,tylko tych dwóch godzin z moją mamą.Przez te dziesięć lat bardzo się od siebie oddaliłyśmy.Ona jest architetką wnętrz więc nie zawsze ma dla mnie czas.Często na wakacjach byłam sama.Ale mi to nie przeszkadza.Lubię samotność. 
     Gdy wylądowałam w Londynie padał deszcz.Nie wzięłam tego za zły znak.Po prostu o tej porze roku było to tu nieuniknione.Pożegnałam się ze słońcem kilka godzin temu.Mama czekała na mnie u boku jakiegoś mężczyzny.Gdy tylko do nich podeszłam rzuciła mi się na szyję.
-M-mamo d-dusisz!-Powiedziałam a ona zaraz mnie puściła.
-Przepraszam córciu,ale bardzo się stęskniłam.
-Ja też mamuś.Kto to?-Zapytałam zerkając w kierunku wysokiego mężczyzny o zielonych oczach.Na moje oko był w wieku mamy.
-To Robert.Chodziliśmy razem na studia a teraz spotykamy się.
-Acha.Miło mi pana poznać-Powiedziałam uprzejmnie.
-Mi cię także Bello.I jaki tam pan! Rob jestem!-Powiedział  uściskając moją dłoń.Zabrał moje bagaże i poszliśmy do auta.
-Co słychać u Collina i Holly?-Zapytała się mnie mama w drodze do auta.
-Jest ok.Jeśli wszystko dobrze pójdzie jeszcze w tym miesiącu przeprowadzą się do L.A(Czyt.Elej)A co u Liama?
-Wszystko dobrze.Obecnie ma trasę koncertową i wraca za dwa tygodnie.Bardzo się ucieszył gdy dowiedział się że wracasz do nas.
-Acha.Masz pozdrowienia od Holly.
-Och...Ależ ona uprzejma-Powiedziała mama a w jej głosie wyczułam nutkę ironii.Spojrzałam na nią.Jak na kobietę która ma 35 lat wygląda dość młodo.Jej długie czarne włosy opadały na ramiona a  brązowe oczy błyszczały.To nawet fajnie że mama ma kogoś.
     Rob wsadził moje walizki do bagażnika a ja usadowiłam się na tylnym siedzeniu.To raczej nie było auto mojej mamy.Podczas drogi niewiele rozmawialiśmy.Wymieniliśmy tylko kilka uwag na temat pogody(wciąż padało) i to by było na tyle.Ze słuchawkami w uszach  podziwiałam krajobraz.Okolica była z pewnością piękna.Wszędzie było tak brązowo i zielono.Wsłuchując się w "Paradiase" piosenkę mojego ulubionego zespołu ściekały mi powoli łzy.Czułam się okropnie...Już zaczynało mi brakować taty,Holly i Amelii.Ale wiem że z Amelią będę mogła rozmawiać wszędzie.Wierze w to że ona jest przy mnie.
    Wreszcie dotarliśmy do domu.Moja mama nadal mieszka w domu kupionym z tatą.Dom ten miał  trzy sypialnie i jedną łazienkę którą będę musiała dzielić z mamą i Robertem.Ale o tym staram się nie myśleć.Dostałam sypialnie wychodzącą na zachód,na podjazd przed domem.Tę samą w której spałam do 6 roku życia i potem w każde wakacje.Mama trochę tu zmieniła.Zniknęły zabawki a pojawiły się książki które uwielbiam czytać,mam nowe meble no  i przemalowane ściany.W kącie nadal stał mój fotel bujany a na nim kilka ciepłych poduszek zrobionych przez moją babcię Edwinę tuż przed śmiercią.Wszystko nadal mi się podobało w tym pokoju.Miał to coś...
Mama i Rob zostawili mnie samą żebym mogła się w spokoju rozpakować.No i nareszcie mogłam przestać się uśmiechać.Wpatrywałam się  zrezygnowana w ścianę deszczu za moim oknem, i uroniłam kilka łez.Ale tylko kilka.Resztę planowałam zachować na wieczór jako gwałtowny akompaniament  do rozmyślania o jutrzejszym dniu.
    Do miejscowego liceum chodziło raptem pięćset osiemdziesiąt cztery(ze mną pięć) ucznów,gdy tylko w Phoenix mój rocznik liczył ponad siedemset osób.W dodatku te wszystkie dzieciaki z Wolverhampton znały się od małego a ja?! Ja stanę się dziwadłem z wielkiego miasta.
   Przynajmniej mój wygląd mi pomorze.Dobrze że kocham się opalać i moja skóra jest ciemniejsza niż ludzi z stąd.
     Gdy skończyłam układać ubrania w drewnianej komodzie wzięłam swoją kosmetyczkę i pidżamę  
po czym poszłam do łazienki wziąć prysznic.Rozczesując splątana mokre włosy przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze.Brzydka to nie jestem...
  Wróciłam do swojego pokoju i wskoczyłam pod kołdrę i zaczęłam się zastanawiać czy dam sobie radę.Skoro zaprzyjaźniłam się tylko z Amelią a miałam do wyboru jeszcze ponad trzy tysiące  uczniów to czy poradzę sobie w Wolverhampton?
   Nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami przychodziło mi z trudem.Tak naprawdę,to nawiązywanie kontaktów z kimkolwiek przychodziło mi z trudem.Nawet Amelia,która była mi najbliższą osobą pod słońcem,nie potrafiła do końca przebić się przez moją skorupę.Nigdy nie nadawałyśmy na tych samych falach.Czasami zastanawiam się czy naprawdę odbieram świat inaczej niż wszyscy inni.Może mam coś z głową?
Mniejsza o przyczynę liczy się efekt.
  Rozmyślając o następnym dniu szlochałam w poduszkę.Nie mogłam zasnąć aż do północy a gdy wreszcie to zrobiłam zaczęły męczyć mnie koszmary.....
_____________________________________________________
Hejka jak się podoba?Mam wieśći....Mama nie puściła mnie na zawody z czego mam radochę ;> Proszę o szczere komentarze następny pojawi się może już dziś ale nic nie obiecuję!
Hazza czuwa ;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz